Relacja 1 – 2019

Przebiegłem, przeżyłem, chociaż parę paznokci straciłem, czyli moja relacja z GWINT-a.

W zeszłym roku GWiNT Ultra Cross był dla mnie wielkim wyzwaniem, bo po raz pierwszy w życiu biegłem tak długi dystans, jak 100 mil. Po tym, jak ukończyłem w zeszłym roku, w tym apetyty były większe. Nie startowałem już tylko po to, aby ukończyć (chociaż, gdy ktoś mnie pytał, to to był jedyny oficjalny cel), ale chciałem zawalczyć. Najbardziej ze sobą, aby poprawić zeszłoroczny czas (niecałe 22 godziny), może też zeszłoroczne miejsce (14.). W końcu znałem już trasę. Okazało się, że znajomość trasy była względna, a trudność poszczególnych odcinków zmienia się w zależności od tego, na jakim etapie trasy w tym roku dany odcinek wypadnie…

Bo trzeba wiedzieć, że GWiNT w stumilowej wersji Super co roku startuje w innym z trzech miast – Grodziska, Nowego Tomyśla lub Wolsztyna. W tym roku miejscem startu i mety był Nowy Tomyśl. I tak jak w zeszłym roku wydawało mi się, że odcinek Wolsztyn-Nowy Tomyśl był względnie łatwy, z podbiegami, ale przyjemnymi, tak w tym roku moja opinia zmieniła się diametralnie. Ale w zeszłym roku ten odcinek był między 55 a 110 km, a w tym roku między 110 a 165 😉 I podbiegi jakby nagle urosły 😀

Na start przyjechałem trochę zestresowany, bo dzień wcześniej zepsuł mi się samochód, żeby dojechać na start musiałem pożyczyć auto od przyjaciół, przyjechałem dość późno, na szybko musiałem się pakować do plecaka, pozostawiać rzeczy na przepaki, oczywiście w nerwach porozlewałem izotonik, ale przynajmniej dzięki temu nie myślałem o samym biegu. Rozluźniłem się, gdy przy biurze zawodów spotkałem ziomali z ekipy Kościan Team – Edie, Lecha i Jacka, którego przy tej okazji poznałem. Zrobiliśmy sobie wspólne fotki, życzyliśmy sobie powodzenia (Lech startował na 110 km, Edi i Jacek na 55 km, wszyscy ukończyli). Bardzo miłe wrażenie zrobił na mnie pakiet startowy – m.in. polarowa bluza finiszera i wspaniała szklanka do piwa od grodziskiego browaru z logo GWiNT-a. Mało piję, ale jak będę pił, to tylko z tej szklanki 😉

Po oddaniu przepaków, marsz na start, krótka rozgrzewka, wspólne zdjęcie, parę wizyt na nerwowe siku w toi-toiu, odprawa i start. Przed startem spotykam jednego z organizatorów, którego pamiętałem z przepaku w Nowym Tomyślu w zeszłym roku. Mówimy sobie „dzień dobry”, on mówi, że miło mnie widzieć, a ja na to, że mam nadzieję, że się zobaczymy jutro 🙂 Za chwilę startujemy. Na początku lecimy dosyć gęsto, potem stawka się rozrywa. Ja – tak jak w zeszłym roku – zostaję tak między czołówką a resztą stawki, pewnie znowu nie załapię się na żadne zdjęcia poza tymi z 12 km. Bo w nocy fotografowie cykną tylko naszą ścisłą czołówkę, a potem przeniosą się na start Normal GWiNT-a o 3.00 w Grodzisku. Trudno 🙂 Na początku biegnie mi się fajnie, tylko ciśnie mnie znowu siku – za dużo izotoniku przed startem 🙂 Staję pod drzewkiem, mijają mnie dwie, trzy osoby, w tym zawodniczka prowadząca wśród kobiet. Za nią i jednym jeszcze zawodnikiem z Grodziska dobiegam na pierwszy punkt żywieniowy pod pałacem w Wąsowie. Te paręnaście kilometrów minęło bardzo szybko. Zbliżając się do punktu, łykam żel, żeby na punkcie do kosza wyrzucić opakowanie, biegnąc jeszcze wyciągam kubek, proszę tylko o colę, wodę na przepłukanie, kabanos i lecę dalej. Dwójka jeszcze została na punkcie, a ja już przeskakuję przez zwalone drzewa, których tu co niemiara. Po drodze wyprzedzam jednego biegacza, a w zasadzie mijam, bo siedzi w krzakach, ale jak wyjdzie, to mnie minie bardzo łatwo – widać, że nie mój poziom. Wyprzedza mnie jeszcze biegacz z Grodziska, który był ze mną na punkcie. Ja sam mijam dwie, trzy osoby, które zaczynają iść albo zwalniają, żeby coś zjeść/wypić. Powoli trzeba by założyć i włączyć czołówkę, bo już po 20.00 i zapada powoli zmrok. Łączę to z postojem na siku, wyciągam z plecaka buff i czołówkę, chowam czapkę z daszkiem i oświetlony lecę dalej. Czuję się nieszczególnie, zakrada się zwątpienie, okolice dwudziestego kilometra, a ja jestem zmęczony? Coś mnie już boli? Słabo to widzę. Widzę za to, że inni zawodnicy mają lepsze światło, mimo że w zeszłym roku kupiłem nową latarkę. Na punkcie w Porażynie znowu żel, cola, kabanos, woda i lecimy dalej. Założyłem sobie, że w tym roku stracę na punktach najmniej czasu, jak tylko można – jak się nie umie szybko biegać, to trzeba szukać oszczędności czasu gdzie indziej 😛 Gdzieś przed Lasówkami przy skręcie w las kibicują dwie panie przy samochodzie, przybijają piątki i liczą zawodników, krzycząc, że jestem czternasty. Czyli na razie to samo, co rok temu, ale wiadomo, że wszystko tu się rozstrzygać będzie dużo, dużo później. W Lasówkach to samo, co na poprzednich punktach, szybko wybiegam, za mną zawodnik z M50 Włodek, który wygląda na przecyborga. I gdy opowiada, w jakich biegach startował, to się okazuje, że jest przecyborgiem 🙂 Ukończył m.in. Bieg 7 Szczytów (trochę się po drodze dopytywałem, jako że jestem żywotnie zainteresowany ;)), a parę tygodni wcześniej startował na dystansie 97 km w Szczawnicy. Razem, miło rozmawiając, dobiegamy do Grodziska (jedna przygoda po drodze, wywaliłem się, na szczęście w czarną ziemię, więc skończyło się tylko na upapraniu, ale bez kontuzji), na śladzie na zegarku widzę, że trasy w dwie strony się stykają, dlatego obserwujemy dokładnie oznakowanie trasy. Okazuje się, że nie wszyscy zawodnicy tak robią i kilka osób przed nami pobiegło w stronę Wolsztyna, mijając punkt w Grodzisku i potem musiały się cofać, nadkładając parę kilometrów. Współczuję. Na 55 km w Grodzisku jestem w troszkę ponad 5,5 godziny – przyzwoicie. Myję się po wywrotce, z przepaku biorę nowe żele, piję szoty magnezowe, uzupełniam izo w plecaku, cola i dalej w drogę. Zagaduję jeszcze na punkcie organizatora, którego pamiętam z biura zawodów z zeszłego roku, zapytany, mówię, że jest spoko, ale to – wiadomo – dopiero początek 😉 Wybiegam, Włodek jeszcze zostaje, biegnie ze mną początkowo biegacz, który pobłądził i przez parę kilometrów narzeka na oznakowanie trasy. Okazało się, że pobiegł z biegaczem z Grodziska, ten go przekonał, że jako autochton zna miasto, pobiegli na czuja, a jednak nie znał. Ja, prawdę mówiąc, oprócz oznakowania, pamiętałem trasę z zeszłego roku i znałem chociaż orientacyjny kierunek biegu, więc wydawało mi się niemożliwe, żeby nie trafić do parku 😉 Ale ja mam inne problemy, bo moja czołówka zaczyna gasnąć. To mój błąd niestety, bo w zeszłym roku zaczęła mi siadać na Sudeckiej Setce, ale zrzuciłem to na karb starych baterii i nigdy porządnie jej nie sprawdziłem, jak będzie działać w tak długim czasie. Biegnę najpierw z narzekającym biegaczem, po drodze mijamy jeszcze czwórkę zagubionych, którzy biegną do Grodziska, ale trasą „powrotną”. Doganiamy dwie, trzy osoby. Narzekający biegacz zostaje z tyłu, ze mną biegnie Adam, który czasem podchodzi, ale i tak mnie dogadania. Usłyszę od niego potem „komplement”: „Fajnie mi się z tobą biegnie, bo jak ty biegniesz, a ja idę, to i tak cię doganiam” 😀 Na moje wytłumaczenie mam to, że biegnę jakbym był wpół ślepy, muszę wypatrywać oczy, żeby się nie wywalić. Zwłaszcza, że nie zawsze udaje mi się biec równo z kimś, kolejni – mimo mojego wolnego biegu – zostają za mną, a ja wolę biec swoim tempem. Razem z Adamem dobiegamy do Rakoniewic, gdzie wspaniałe dziewczyny z obsługi ratują mi tyłek, wynajdując trzy bateryjki. Dziękuję im bardzo, bardzo i proszę, żeby kwotę doliczyć mi do przyszłorocznej opłaty startowej 😉 Na początku czołówka świeci bardzo ładnie, ale po kilkunastu minutach zaczyna znowu przygasać. Co za szajs! Nawet na świeżych bateriach świeci dużo słabiej niż czołówki biegaczy dookoła, a żre bateria jak podupcona. Po głowie chodzi mi piosenka The Doors „Waiting for the Sun” – świt będzie moim wybawieniem 🙂 Parę razy blisko wywrotek, każdy mięsień ciała boleśnie się naciąga, gdy próbuję się uratować, utraciwszy równowagę, raz – biegnąc za Adamem – uderzam w ten sam kamień, tak nieszczęśliwie, że z paznokciem na dużym palcu lewej stopy się pożegnam [*]. Niestety, im bliżej świtu, tym coraz bardziej nachodzi mgła i coraz mniej widzę w świetle mojej beznadziejnej latarki. Na zakrętach prawie muszę podchodzić pod oznaczenia, żeby zobaczyć, w którą stronę jest strzałka 🙂 Wydolnościowo jest super – tak samo jak w zeszłym roku, koło 70, 80 km czuję się najlepiej, a trasa wydaje się łatwiutka. W przyszłym roku pewnie się przekonam, że i tu się mylę 😛 Zresztą power mam taki, że wbiegłem nawet na wielką piaszczystą górę, pod którą w zeszłym roku podchodziłem i to w okolicach 30. kilometra. Na górkach zyskuję dystans nad zawodnikami, którzy biegną za mną. W tym momencie jestem zły na siebie, jak mogłem w zeszłym roku Sudecką Setkę ukończyć na 72. km??? Przecież to żaden dystans! 🙂 Po punkcie w Głodnie już tylko Wolsztyn i będzie drugi przepak. W końcu nadchodzi upragniony świt. Napawam się przyrodą, zwłaszcza że opadająca mgła wygląda teraz przepięknie, krzyczą żurawie, a ja się czuję cudownie. Odstawiam nieco Adama i jeszcze jednego biegacza, którego wyprzedziłem po drodze. Do samego Wolsztyna biegnie się świetnie, gdzieś tam po drodze była jeszcze jedna wywrotka, kolano do dziś boli, ale kto by się przejmował? Po drodze sprawdzam, że pobiłem swoją życiówkę na 100 km – 11 godzin 7 minut i 24 sekundy. W euforii dobiegam do Wolsztyna, gdzie jestem bodaj 9. (12 godzin i 6 minut). I w tej euforii popełniam poważne błędy. Chcę jak najbardziej walczyć o dobry czas, jak najmniej czasu zmarnować na punkcie, więc postanawiam nie przebierać skarpet, butów ani nawet nie smarować stóp. Wyciągam tylko nowe żele, pakuję w pas, proszę o dolanie izo do plecaka, zjadam szybko pomidorówkę i biegnę walczyć. Czuję się mocny. Za chwilę to się diametralnie zmieni 😀

Na początku wyprzedzam biegacza, który idzie. Sam zaczynam biec, ale nogi po chwili siedzenia są jak z kamienia. W końcu jakoś udaje się je rozbujać. Mogę biec, jest dobrze. Po paru kilometrach od Wolsztyna uświadamiam sobie, że z przepaku zapomniałem wziąć powerbank i kabel do ładowania mojego zegarka. Maksymalnie na baterii przy odświeżaniu sygnału GPS co sekundę Suunto wytrzyma 20 godzin, bardzo możliwe, że ja się w tym czasie nie zmieszczę, poza tym włączoną miałem nawigację po wgranej trasie, często włączałem podświetlenie, więc wiadomo było, że rozładuje się szybciej. Cholera! Za bardzo spieszyłem się na punkcie, nie wyciągałem butów, skarpet, wazeliny, więc nie rzucił mi się w oczy również powerbank. Wkurza mnie to strasznie, ale przypominam sobie, że Suunto ma tryb oszczędnościowy, odświeżanie co 30 sekund, więc jeśli przełączę – to wytrzyma. Oczywiście od razu wyłączam trasę, coby zegarek nie żarł baterii jak głupi. Przez ładnych parę minut idę i grzebię we wszystkich możliwych ustawieniach zegarka. Dzwoni mój biegowy przyjaciel Krzysiek, dopinguje do większego wysiłku, proszę go, żeby sprawdził, jak to włączyć. Sprawdza, okazuje się, że tylko przez serwis Movescount lub aplikację mobilną. Więc powinieneś, drogi użytkowniku Suunto, przewidzieć, że zegarek zacznie ci się, z nieprzewidzianych wcześniej przyczyn, rozładowywać i powinieneś w domu ustawić sobie rzadsze odświeżanie sygnału. Proste, prawda? 🙂 Dodatkowo okazuje się, że popełniłem na przepaku jeszcze jeden poważny błąd: nie posmarowałem stóp wazeliną, nie zmieniłem skarpet i butów. Zaczynam czuć, że na nogach tworzą się naprawdę liczne i niemałe pęcherze. Dodatkowo odbity na kamieniu paznokieć na dużym paluchu lewej stopy boli jak cholera. Każde uderzenie choćby leżącą gałązką w tenże palec powoduje potworny ból i wtedy strasznie klnę (przepraszam biegnącego za mną zawodnika z Normal GWiNT-a, który usłyszał przeszywające las głośne „kuuuu*waaaa!!!”. Pęcherze i paznokieć uniemożliwiają mi bieganie. Próbuję się zmusić, aby choć część czasu biegać (np. minuta marszu, 8 minut biegu), ale nawet to nie wychodzi przez cały czas, zwłaszcza że zauważam, jak po zeszłym roku zbagatelizowałem górki za Wolsztynem. To nie górki, to góry! Co chwilę jakieś podejście, które demotywuje i wybija z rytmu. Wyprzedza mnie Adam (wcześniej narzekał na bolące udo, teraz mu odpuściło) i jeszcze jeden biegacz, ten, który za Wolsztynem mógł tylko iść, a teraz powstał jak Feniks z popiołów. A ja za to powoli już się w proch obracam 😉 Za punktem w Kuźnicy (gdzie jeden z obsługujących bierze mnie za lokalsa, gdyż skądś moją twarz kojarzy :P) górki dalej dają się we znaki. Wyczerpany docieram do punktu w Jastrzębsku, na boisku naprzeciwko cmentarza. Zagajony o to, czego mi trzeba, pytam, czy są wolne kwatery 😛 A na nagrobku proszę, żeby mi wyryto „Je*ać górki”. Pani uspokaja mnie, że górki już się skończyły. Okazuje się, że nie. Jeszcze 4 kilometry w schemacie góra-dół i dopiero wzdłuż i pod autostradą, a potem prosto do Miedzichowa. Po drodze dostaję sms od Artiego – mojego trenera, który pisze, że jest super i ładnie lecę. Na 145. kilometrze pada mi ostatecznie Suunto, przechodząc w tryb zegarka. Teraz już biegnę tylko według czasu – minuta marszu, 10 minut biegu. Na punkcie w Miedzichowie melduję się jako 10., ale 11. zawodnik jest tuż za mną i ma dużo więcej siły. Zjadam ciasto drożdżowe z rabarbarem, którego wizja trzymała mnie przy życiu przez ostatnie 12 km i lecę, a w zasadzie idę dalej. Do końca prawie 18 km, raczej nie ma szans, żebym złamał 20 godzin. Tak też piszę trenerowi, on odpisuje, że jest super, w końcu mam szansę poprawić się o jakieś półtorej godziny w stosunku do zeszłego roku. Gdy zaczynam już trochę iść, trochę biec, trasa przyjmuje kolejne koszmarne oblicze. Torf, chaszcze w lesie, bez żadnych ścieżek, potem kładka przez bagno (na szczęście naprawiona w stosunku do zeszłego roku), a potem znowu trasa wiedzie przez chaszcze. Takie nasze małe polskie The Barkley Marathons 🙂 Wkurza mnie to tym bardziej, że wiem, że nieco wyżej biegnie regularna ścieżka, a ja ze swoimi pęcherzami nie jestem w stanie biec po tak nierównym podłożu. Albo po prostu jestem za dużym mięczakiem na poważny ultra trail 😛 Organizatorzy naprawdę mnie nie lubią 😀 Mijają mnie 3. i 4. zawodnik Normal GWiNT-a. Są szybcy, ale ja też byłem przed 110. kilometrem 😉 Potem piaszczysta, rozryta przez dziki droga, która ni cholery nie chce zbliżyć się do autostrady. Wreszcie wiadukt nad A2, droga przez las, która potem skręca w lewo i wiedzie regularną asfaltówką. I tu wreszcie mogę więcej biec. W tym roku organizatorzy oszczędzili nam biegania na skróty przez zarośnięte krzakami górki i dopiero w Przyłęku wbiegam do lasu i tam jeszcze trochę podbiegów i zbiegów. W końcu przez Glinno wbiegam w ulice Nowego Tomyśla. Obrzeża miasta się ciągną, ale już czuję metę. W końcu spotykam biegacza lecącego w przeciwną stronę, może biegnie kogoś wspierać, dowiaduję się, że 690 m do mety (my biegacze mamy wszystko dokładnie policzone :)) i dodaje mi skrzydeł. Przyspieszam i już do mety biegnę szybko, jak na stan moich stóp. W końcu jest Wielki Koszyk i upragniona meta. W zeszłym roku prawie się poryczałem, w tym jakoś bardziej na zimno to przyjąłem. Radość z ukończenia oczywiście była, dzwonem na mecie zadzwoniłem, ale nie byłem do końca zadowolony z siebie. Bo wiedziałem, że mogłem rozegrać ten bieg lepiej. Wiadomo, że fajnie byłoby złamać 20 godzin i zmieścić się w dziesiątce, tymczasem skończyło się na 11. miejscu open i 20 godzinach 18 minutach i 13 sekundach netto. Przy tych błędach, które popełniłem i pechu z niedziałającą prawidłowo latarką, uważam, że było nieźle.

A za rok wrócę na mój ukochany, chociaż trochę przeklinany GWiNT, żeby się poprawić. Jak co roku 🙂

  1. Bilans biegu: 10 żeli, 6 litrów izotoniku, ok. 4 litrów coli, ok. 1 litra wody, 1 baton energetyczny, 1 zupa pomidorowa, 1 kawałek drożdżowca z rabarbarem, trochę kabanosów i paluszków, -4 paznokcie, w tym dwa duże.

PS2. Nie chce ktoś kupić czołówki?

 

Tomasz Nowaczyk, nr startowy 1001 🙂